środa, 25 listopad 2020 10:00

Dumnie po zwycięstwach, wierni po porażkach

Napisane przez Redakcja
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Historia każdego kibica jest inna. Część fanów Widzewa miała to szczęście, że mogła przeżywać największe sukcesy tego klubu w jego historii, inni zaś mogą co najwyżej żyć wciąż opowiadanymi na okrągło legendami o meczach z Liverpoolem, Juventusem czy Manchesterami. Mimo różnych doświadczeń i odmiennych losów łączy wszystkich miłość i oddanie do tego klubu. 

Jako że dożyliśmy czasów 110-lecia istnienia klubu chcielibyśmy na krótko wspomnieć o tym jak to się wszystko zaczęło. Nie każdy w jednym momencie zainteresował się Widzewem. Część z nas przeżywała piękne chwile tego klubu, a druga część może co najwyżej posłuchać o dawnych czasach świetności. Każdy z nas jednak jest kibicem Dumy Miasta Włókniarzy. I choć jedni dłużej, a drudzy krócej serce każdego bije tak samo mocno do tej marki, jaką jest nasz stu dziesięciolatek.

Wśród redaktorów obecna jest płeć piękna chcąca się podzielić swoimi początkami, a całość uzupełnia grono oddanych kibiców- redaktorów.

Anka WB: Czemu Widzew? Nie mogło być inaczej! Urodziłam się tak zwany „rzut beretem” od stadionu. Grono moich znajomych to kibice Widzewa. Zdobyte mistrzostwa w latach 80- tych znam tylko z opowieści. Ale szczęśliwe lata 96 i 97 dzieliłam z innymi, wiernymi kibicami. Zdarłam niejedne spodnie przechodząc przez siatkę od strony torów, żeby dostać się na mecz. Zdarłam nie raz gardło kibicując. Tą miłością do Widzewa zaraziłam swoich dwóch młodszych braci, ale z siostrą się nie udało. Dziś jestem jeszcze bliżej klubu, bliżej niż kiedykolwiek bym sobie wymarzyła.

Adam Sadowiak: Zacząłem od wysokiego C. W mistrzowskim sezonie 96/97 pojawiłem się na meczu z Petrochemią Płock, którą ograliśmy 3:0. Wówczas jako kibic od tego momentu chodziłem na mecze z coraz większym zapałem oglądając wspaniałe spotkania w wykonaniu widzewiaków. Z czasem kibicowanie przeistoczyło się w coś więcej, dzięki czemu pracuje bliżej klubu.

Artur Wachowicz: Moja miłość do klubu rodziła się w bólach. Niestety nie dane było mi przeżywać najlepszych czasów w historii Widzewa. Jednak przeżywając najgorsze momenty tego klubu, czyli degradację, reaktywację i inne zawirowania nigdy nawet nie pomyślałem o tym, by odwrócić się od klubu. Również pierwszy mecz z GKS Bełchatów jaki Widzew przegrał na zapleczu ekstraklasy 3:0 nie zniechęcił mnie z kibicowania. 

Patryk Zarzycki: Na pierwszy mecz zabrał mnie tata. Graliśmy wówczas z Pogonią Szczecin, a widzewskie barwy bronili wówczas m.in Jerzy Podbrożny, Sergio Batata czy Michał Stasiak. Lata mijały, aż pewnego dnia dostałem ofertę pracy w koszykówce. W międzyczasie robiłem kursy na trenera i miałem możliwość pracy przy takich trenerach jak Radosław Mroczkowski czy Rafał Pawlak. Ciężka praca zaowocowała zainteresowaniem ze strony prezesa Marcina Ferdzyna. Wiele zawdzięczam temu klubowi.

Piotr Walczak: Ja mimo, że nie mieszkałem już w Łodzi w czasach świetności klubu, mowa tu o latach 80', bardzo utożsamiałem się z klubem. I tak przygoda z RTS ciągnie się do dziś.

Jak pokazuje historia przywiązanie do klubu, do Widzewa nie maleje. Od sukcesów, przez reaktywację do powolnej odbudowy potęgi nie czyni z nikogo mniejszego kibica. Widzew to dla wielu kibiców część życia. To tu wielu zawiązywało przyjaźnie, odnajdywało miłość, realizowało swoje marzenia czy po prostu spędzało miło czas. Niech więc ten 110- latek żyje po wsze czasy i niech niebawem święci swoje kolejne sukcesy. Najlepiej od najbliższego meczu, klasyku z Legią Warszawa.

Czytany 172 razy