poniedziałek, 05 październik 2020 17:01

Tydzień z Widzewiakiem- Daniel Bogusz: Nie mieliśmy czasu kalkulować, cieszyliśmy się grą

Napisane przez
Oceń ten artykuł
(1 głos)
fb Daniela Bogusza fb Daniela Bogusza

Obrońca, który bronił barw Widzewa w czasach świetności tego klubu. Pamięta Mistrzostwa Polski zdobyte z łódzkim zespołem czy również mecze w europejskich pucharach w tym także Ligi Mistrzów. Niegdyś jeden z ulubieńców trybun, a dziś? Może nieco na uboczu, ale wciąż blisko piłki. W szczerej rozmowie o dawnych latach, o związkach z Widzewem i kilku innych kwestiach- Daniel Bogusz.

Cicho tak w mediach o panu. Niewiele raczej można się dowiedzieć o tym czym zajmuje się obecnie Daniel Bogusz, czyli niegdyś bardzo dobry obrońca m.in. Widzewa Łódź.

- Może lepiej, że cicho. Nigdy nie lubiłem, by było o mnie głośno. Prowadzę firmę budowlaną. Zatrudniam podwykonawców i buduję domy. Także jest to moje takie zajęcie po powrocie z Niemiec, z których wróciłem po 15 latach.

Wyszukałem, że po zakończeniu kariery piłkarskiej poszedł pan w trenerkę, a dokładniej rzecz ujmując został pan asystentem w jednym z niemieckich klubów niższych szczebli rozgrywkowych. Potem jednak słuch kompletnie zaginął. Nie ciągnie pana do piłki?

- Kończąc przygodę z piłką w niemieckim Siegen zostałem tam asystentem trenera. Potem trafiłem TSV Steinbach. Tam byłem drugim trenerem, trenerem młodzieży. Awansowaliśmy do tej 4. Bundesligi. Trzy lata temu jednak wróciłem do Polski. Wciąż jednak gdzieś chodzi po głowie powrót do futbolu. To przecież część mojego życia. Swego czasu byłem bliski powrotu do Widzewa za prezesa Klementowskiego. Rozmowy jednak toczone były bardziej w kierunku scoutingu. Byłem bliski podpisania kontaktu, ale w zarządzie były jakieś przepychanki i jednak do mojej współpracy z klubem ostatecznie nie doszło. Wpadłem, więc na pomysł z własnym biznesem. Do piłki jednak mnie ciągnie i nie wykluczam, że w niedalekiej przyszłości będę nią zajmował.

Gdzie by się pan widział? Bliżej panu do trenera czy jednak jak pan wspomniał ktoś od scoutingu?

- Nie, trenerka raczej odpada. Wszystkim się wydaje, że to prosta sprawa, ale to nie jest prosty zawód. Byłem krótko pierwszym trenerem, to wszystko bardzo mnie pochłania. Jeśli ktoś chce osiągnąć w tym sukces musi w stu procentach się poświęcić, a nawet i bardziej. Tym trzeba żyć. Myśleć nad tym co można poprawić, co powinno wyglądać lepiej. Trzeba mieć to coś, by umieć grupę ludzi poskładać do kupy tak by to wszystko funkcjonowało. Jak idzie wszystko dobrze, to jest w porządku, ale jak zaczynają się problemy to trzeba umieć sobie z nimi radzić, co w tym zawodzie takie łatwe nie jest. Trzeba być 24 godziny skupionym na tej pracy, a tak się chyba nie da. Ja akurat jestem bardzo dużo w podróży, mam pewne znajmości bardziej widziałbym się właśnie w scoutingu.

I tu możemy powrócić do tematu Widzewa. W klubie coś się zmienia i coraz bardziej słychać o tym, że Widzew chce rozwijać ten dział. Gdyby ponownie przyszła oferta z klubu, byłby pan zainteresowany?

- Zawsze można porozmawiać, ale to musi mieć wszystko ręce i nogi. Ja obecnie mam inne rzeczy na głowie i nie wiem jak miałaby wyglądać moja praca w klubie, ponieważ tak jak mówię, wiele rzeczy trzeba by było omówić z konkretnymi osobami. Poza tym Widzew to też jest taki klub, w którym praca w scoutingu bardzo by pochłaniała. Także i w tej pracy trzeba poświęcić wiele czasu. Scouting musi być rozbudowany, bo jedna osoba tego nie pociągnie. Na chwilę obecną mam swój biznes, ale w przyszłości nie wykluczam, że nie przyjąłbym tej oferty.

Interesuje się pan tym co dzieje się w klubie? Ogląda pan mecze bądź śledzi wyniki?

- Trochę plany na oglądanie meczów popsuł ten wirus, na I lidze nie byłem, ale śledzę to co dzieje się w klubie. Staram się oglądać każdy mecz i znam wszystkie wyniki Widzewa.

Taki doświadczony zespół ma nie lada problemy w lidze. Po awansie na zaplecze ekstraklasy było pewne, że mogą być problemy, ale nikt nie chciał przyjąć do wiadomości, że aż takie. Z czego to wszystko wynika?

- Bardzo słaby był zdecydowanie początek. Widzew nie zdobył punktu. Widzew jest dobrze zorganizowanym klubem, ale tu spory wpływ mógł mieć przeskok do wyższej ligi. Kadra jest co prawda doświadczona, ale to jeszcze nie funkcjonuje tak jak powinno. Nie jest takie łatwe odnaleźć się na wyższym poziomie rozgrywkowym. Tu potrzeba czasu. Wiem, że kibice oczekują wyniki. Są tacy, żyją tym co było kiedyś, ale na wyniki potrzeba czasu. Co roku potrzeba wzmocnień. Zauważyłem, że tu zbyt dużo nerwowych ruchów. Ciągłe zmiany prezesów, dyrektorów, trenerów. To wszystko się nasila i wcale nie ułatwia w grze zawodnikom. Jest nowy trener, a on potrzebuje co najmniej roku, by to wszystko jakoś poukładać. Wątpię w awans, ale i tak wówczas nie ma co się załamywać. Jeśli szkoleniowiec dostanie czas i wszystko w klubie będzie robione na spokojnie bez nerwowych ruchów, to wszystko powinno się ułożyć po myśli.

Zrozumieć można oczywiście wiele. Tylko w przypadku Widzewa, gdzie jest wielu zawodników z naprawdę ogromnym doświadczeniem w porównaniu do pozostałych zespołów, to i tak wyniki powinny być lepsze.

- Niektórzy może myślą, że jak grał ktoś wyżej to spokojnie poradzi sobie ligę niżej. Nie do końca tak jest. Byłem kiedyś zawodnikiem doświadczonym i trafiałem niżej i też nie było łatwo. Nie każdy umie poradzić sobie z przeskokiem. To inna liga, trochę się inaczej gra, część zawodników musi odnaleźć się w nowym otoczeniu. W każdym meczu może każdy daje z siebie 100 %, ale jako zespół to nie gra tak jak powinno. Często jest też tak, że jakiś zespół spada szczebel niżej i wszyscy myślą, a oni sobie poradzą. I wcale tak nie jest. To nie taka prosta sprawa. To nie tylko drużyna gra. W całym klubie musi też wiele rzeczy funkcjonować tak jak powinno, by piłkarze też wiedzieli na czym stoją. Zaufaniem musi cieszyć się trener, któremu zarząd musi dać czas  2, 3 a nawet i 4 lata. Potrzeba cierpliwości. Budowa silnej drużyny trwa kilka lat. Niczego z dnia na dzień się nie zrobi.

Grał pan co prawda w Widzewie już wiele lat temu. Miał pan jednak wrażenie, że presja ze strony kibiców była równie wielka jak ma to miejsce dzisiaj?

- Ja przychodziłem z Jagiellonii i wtedy również miałem taki przeskok. Presja była jednak zawsze, trzeba jednak umieć sobie z nią radzić. Swoją drogą na mecze też nie przychodziło aż tak wielu kibiców. Potrafiłem się jakoś skoncentrować na swojej grze, na przeciwniku, że czasami nie miałem wrażenia czy jest na stadionie kilka tysięcy ludzi czy ponad 20 tysięcy.

Jest pan jednym z tych zawodników, który z polskim klubem awansował do Ligi Mistrzów i grał w europejskich pucharach ze znanymi markami. Jak pan wspomina tamte czasy?

- Jest co wspominać. Mistrzostwa Polski, te puchary, debiut w reprezentacji. Mieliśmy wspaniałą drużynę i jest naprawdę z czego się cieszyć i co wspominać. Było z kim grać, nazwisk jednak wymieniać nie będę, bo za dużo czasu. Miło było grać z Parmą czy strzelić gola Udinese. Można wspomnieć pojedynki z Borussią Dortmund. Bodaj byliśmy jedynym zespołem, któremu udało się im odebrać punkty. Niewiele jednak przecież brakowało, by ich nawet pokonać. Wspaniałe czasy.

Wyjść naprzeciwko tak znanym drużynom, w których nie brak gwiazd europejskiego a nawet i światowego formatu to wielka sprawa. Był jakiś strach przed starciami z tymi największymi?

- Nie kalkulowaliśmy. Cieszyliśmy się, że mogliśmy takie coś w ogóle przeżyć. Ten natłok spotkań, z którego trzeba było się po prostu cieszyć, bo nie każdemu jest to dane. Mieliśmy wspaniałą drużynę i o mistrzostwo biliśmy się z Legią, by całą resztę rywali zostawić daleko w tyle. Nie myśleliśmy specjalnie o tym, że jesteśmy słabsi czy mocniejsi. Znaliśmy swoją wartość. Nie bez powodu nie przegraliśmy żadnego meczu w sezonie. W meczach pucharowych oczywiście trzeba było pokazać się jeszcze lepiej, ale tak jak mówię nie zaprzątaliśmy sobie głowy tym kto jest lepszy, tylko graliśmy tak jak umieliśmy najlepiej. Nie było czasu zresztą na myślenie. Czas bardzo szybko leciał. Kończyliśmy jeden mecz, a zaraz mieliśmy następny.

Dziś o takich czasach możemy pomarzyć. W Polsce od lat nie ma zespołu, który zdominowałby resztę ligi, nie mówiąc już o dwóch, a w pucharach sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Czemu tak jest?

- To dobre pytanie. Nie umiem na nie odpowiedzieć. Serce boli, gdy się patrzy na porażkę mistrza Polski z zespołem z Azerbejdżanu, mówię tu o spotkaniu ostatnim Legii. Co prawda awansował Lech, ale mimo wszystko słabo wszystko to wygląda. Czemu tak się dzieje? Nie wiem. To trzeba usiąść, przeanalizować, porozmawiać. Niby są stadiony, piłkarze, ale to rozmowa na szersze grono.

Zwykle wymówką był fakt braku stadionu na europejskim poziomie, co chwila też mówiło się o nie największych budżetach. Z tym poszliśmy do przodu i nic.

- Ja zauważyłem, że polskie zespoły mają ogromny problem z atakiem pozycyjnym. Drużyny zbyt szybko pozbywają się piłki i potem pojawiają się problemy. Jak ogląda się grę zespołów zagranicznych, to często się widzi, że posiadaniem piłki wygrywają mecze. U nas w Polsce, sześć czy siedem podań, brak pomysłu i długa do przodu. Są problemy ze stwarzaniem sytuacji i przede wszystkim utrzymaniem się przy piłce.

Mamy wielu utalentowanych piłkarzy, po których chętnie sięgają topowe zespoły. Pan swego czasu również zamienił polską ligę na czołową niemiecką przechodząc do Arminii Bielefeld. Jak dziś wspomina pan tamte czasy?

- Na początku trochę pomógł Artur Wichniarek. Zbyt może zbyt późno wyjechałem, ale stało się jak się stało. Najpierw zderzyłem się z 2. Bundesligą, gdzie przychodząc zimą walczyliśmy o awans. Udało nam się wejść. Przyszło później paru zawodników i była to bardzo silna rywalizacja. Wywalczyłem sobie miejsce w składzie i rozegrałem praktycznie całą rundę. W przerwie zimowej na zgrupowaniu w Turcji doznałem jednak kontuzji. Zderzyłem się z jakimś Turkiem, w pojedynku główkowym. Mój przeciwnik szybko wykorzystał moment i wskoczył za mnie do składu, a później bardzo trudno było wrócić na swoje miejsce. Tam była bardzo duża rywalizacja. Kadra bardzo szeroka i wyrównana. Udało mi się przebić. Później też spadliśmy i ponownie awansowaliśmy. Zresztą mówi się, że Arminia to taki klub za mocny na 2. Bundesligę, a za słaby na 1. Bundesligę. To był bardzo fajna przygoda.

Ze swoim doświadczeniem jakie zdobył mógłby pan coś doradzić tym wielu polskim piłkarzom, którzy wyjeżdżają za granicę szukając swojego szczęścia w mocniejszych klubach?

- Czasami jest może trochę dłużej pobyć w swoim kraju. Może zbyt szybko wielu wyjeżdża. Niektórym się udaje, a innym nie. Warto coś osiągnąć najpierw u siebie coś, otrzaskać się w pucharach, zanim się zdecyduje na transfer. To kwestia też charakteru. Trzeba robić swoje, ciężko pracować. Ważne też, by nauczyć się języka, w którym trzeba się porozumiewać, bo to bardzo pomaga. Zamkniętej w sobie osobie będzie trudniej, a ta która jest otwarta i się nie boi rozmawiać w obcym języku łatwiej będzie coś osiągnąć. Drużyna widzi jak podchodzisz do całej reszty i ona też musi zaakceptować.

Swego czasu, pana syn mógł pójść pana śladami. Był sprawdzany w Widzewie. Co z nim się dzieje?

- Pograł trochę w Polsce, trochę w Niemczech. To jego zderzenie z seniorską piłką wyszło jak wyszło. W Jagiellonii dostał szansę pokazania się, występował w pierwszej drużynie czy też w zespole Centralnej Ligi Juniorów. Zawsze jednak mu mówiłem, że w życiu może być różnie. Nie można też wszystkiego postawić na piłkę, trzeba mieć jakiś plan B. Młodzieży jest dużo, nie każdemu się udaje przebić. Nielicznym się udaje. W takim klubie jak Jagiellonia jest bardzo duża konkurencja. Dostanie profesjonalnego kontraktu w jakimkolwiek klubie można by porównać do wygranej w totka. Mnie się udało. Na swojej pozycji miał dobrych piłkarzy i się nie przebił. Talent ma, śledziłem jego postępy i wiem co potrafi, ale talent to nie wszystko. Zderzenie z rzeczywistością jest brutalne. Jest wielu ludzie z talentem, ale nie każdemu się udaje. Potrzeba trochę szczęścia. Mówiłem to zawsze swojemu jednemu i drugiemu synowi.

To kiedy w takim razie można pana spotkać w najbliższym czasie na Widzewie?

- Chciałbym w końcu przyjść. Mam karnet, ale też jest wielu innych, którzy chcą wejść, a ilość miejsc ograniczona. Gdy będę miał nieco więcej czasu na pewno na stadionie Widzewa się pojawię.

Czytany 142 razy